Aleksandra (Norwegia, Bergen)

Lato, jesień, zima i znowu zima w krainie Wikingów

Norwegia nie była moim pierwszym wyborem. Chciałam jechać do Kopenhagi, ale się nie udało. Najpierw byłam zła, później obrażona, jeszcze później zapomniałam. Po roku zgłosiłam się ponownie, tym razem wszystko potoczyło się szybko i sprawnie. Nawet się nie zorientowałam, a już byłam pośrodku największej ulewy na lotnisku w Bergen.

Podobno początki bywają trudne. Ja właśnie te wspominam najlepiej. Miałam okazję zobaczyć piękne norweskie lato, pływać w fiordzie w otoczeniu gór, zdobywać szczyty i gubić się w słoneczne dni w gąszczu wąskich uliczek miasta. Wszystko robiło na mnie ogromne wrażenie, ludzie dookoła byli inni, ciekawi. Uniwersytet okazał się bardzo przyjazny studentom, a zajęcia dużo łatwiejsze niż w Krakowie. Nie wiem, czy to jest tak do końca plus tego wyjazdu. Chodziłam głównie na zajęcia z antropologii. Jeden kurs był średnio za 15 ECTS-ów. Byłam przekonana, że za tyle punktów będę musiała zrobić własne badania, zdać egzamin i napisać książkę. Jednak nie – ćwiczenia raz w tygodniu, wykłady podobnie, nic nie jest obowiązkowe, jeden krótki esej i egzamin też w formie eseju. Spodziewałam się cięższej pracy. Zasada była taka, że jak ktoś chciał to mógł się uczyć, ale nie miał się specjalnie okazji pochwalić tą wiedzą. Starałam się mimo wszystko wykorzystać daną mi szansę i przychodziłam na wykłady (swoją drogą bardzo ciekawe) i czytałam każdą proponowaną literaturę. Mimo wszystko miałam dużo czasu, jesienią znałam już pół akademika i miałam wielu dobrych przyjaciół. Plusem życia w akademiku w Bergen jest obecność studentów nie tylko z Erazmusa, ale z przeróżnych innych programów. Miałam okazję poznać niesamowitych ludzi, między innymi z Brazylii, Indii, Pakistanu czy Ugandy.

Jesień w Norwegii nie jest łatwa. Jest zimno i prawie bez przerwy pada deszcz. Jak sobie z tym poradzić? Przede wszystkim spędzać jak najwięcej czasu z innymi studentami, nie zamykać się w pokoju. Chciałam przy okazji zdementować plotki o ciągłych imprezach, jako jedynej formie integracji w czasie Erasmusa. Mieszkanie z osobami z przeróżnych kultur daje przestrzeń do rożnego rodzaju działań. Ja na przykład nauczyłam się przyrządzać omlet hiszpański, obejrzałam niezliczone ilości filmów z Bollywood, nauczyłam się alfabetu w hindi i tekstu brazylijskiej piosenki. Warto też angażować się w różne akcje organizowane przez uniwersytet lub lokalne stowarzyszenia studenckie. Ze swojej strony polecam wolontariat podczas festiwalu filmowego w Bergen.

Później jest już tylko zima i co jakiś czas tęsknota za domem, tym większa im bliżej do świąt. W Norwegii w tym czasie jest zimno, bardzo wietrznie i prawie bez przerwy ciemno. Rzadko trafiają się słoneczne i jasne dni, trzeba więc je dobrze wykorzystać. Najlepiej wybrać się w góry. Widok z ośnieżonych szczytów jest taki, że natychmiast zapomina się, że się myślało o powrocie. Szczególnie, jeśli ma się wokół siebie już nie tylko erasmusowych znajomych, a przyjaciół, z którymi nie jedno się tu przeżyło. Zima to także czas wyjazdów do domu, pożegnań i podsumowań. Ja miałam poczucie, że wracam pełna wspaniałych wspomnień, doświadczeń i umiejętności, których nie zdobyłabym zostając w domu.

Na Erasmusie nie wszystko jest idealnie. O tym, jaki będzie nasz pobyt decydujemy sami. Stypendium programu to narzędzie, od nas zależy, jak je wykorzystamy. Nie mam jednak wątpliwości, że każdy powinien dać sobie taką szansę. Cytując mojego towarzysza niedoli z Polski: „Ale się cieszę, że pojechałem!".

Aleksandra Juda, studentka socjologii

Data opublikowania: 22.01.2014
Osoba publikująca: Anna Szwed